PANIE DULSKIE

Scenariusz: Filip Bajon

Reżyseria: Filip Bajon

Komedia bez humoru, kryminał bez zagadki, dramat bez konfliktu. Autor scenariusza inspirowanego tekstem Gabrieli Zapolskiej poszedł w trzy strony i w efekcie nie doszedł nigdzie.

Czasy współczesne. Tajemniczy pan Rainer przybywa do Lublina, gdzie młoda reżyserka wprowadza go do rodzinnego domu i opowiada mu historię rodziny. Nie jest jasne, co jest celem jego wizyty. Czy ona go zaprosiła, czy on sam chciał przyjechać? Kim on jest dla niej, że tak bardzo chce wiedzieć, co się wydarzyło w tym domu? Reżyserka z matką snują opowieść, ale ja nie wiem do czego to zmierza. Jakie jest pytanie filmu? Jak zginęła Hanka? Czy na wyjaśnienie tej sprawy ma czekać widz? Czy to właśnie historią Hanki ma się najbardziej emocjonować? Jeśli tak, to jest to historia kryminalna i wszystko w niej powinno być podporządkowane intrydze śmierci Hanki. Jednak tak nie jest.

Najmłodsza Dulska, na oko 35 lat, opowiada historię swojego życia i cofamy się do czasów jej dzieciństwa, które okazują się być latami pięćdziesiątymi. Czyli kosmos. Czy ona tylko wygląda na 35 lat, a naprawdę ma 65? Albo czy lata osiemdziesiąte wyglądały jak pięćdziesiąte? Albo czy Dulscy starzeją się dwa razy wolniej, niż reszta świata? Gdzie tu jest cokolwiek?

Tajemnica Hanki od początku przebija się w opowieści Dulskich, ale przez długi czas jest schowana między mnóstwem innych, nieistotnych wątków. Jakie znaczenie ma sąsiadka, która zamiast iść na bal zabija męża? Albo mężczyzna zabijający rywala na ulicy? Sam motyw śmierci nie buduje żadnej analogii, ani nie przygotowuje babki Dulskiej na jej zbrodnię. Te wątki to tylko ekspozycja jej podejścia do życia. Na początku to jest jeszcze ciekawe, ale po którymś razie staje się przewidywalne i oczywiste. W kontekście odkrywania historii Hanki przez Rainera wszystkie przygody babki Dulskiej z innymi niż jej syn i Hanka osobami są zbędne.

Bardzo długo nie ma w tym filmie zdarzeń. Jest nudno. Mamy mnóstwo punktów widzenia, opowiadanie jest prowadzone z ponad dziesięciu perspektyw. Niby wiem, czego chcą Dulskie (spokoju za wszelką cenę), ale sytuacje, w których do tego dążą, są anegdotyczne. Nie tworzą historii, która wypełniałaby film. Dopiero, gdy Hanka zachodzi w ciążę, coś się dzieje. Rodzi się jakieś pytanie filmu, widz może na coś czekać. Pierwsza połowa to chaos i nuda. Druga połowa to ciekawa, ale jednak błaha historyjka pozbawiona satysfakcjonującego zakończenia.

Mija pół filmu i zastanawiam się co to w ogóle jest za gatunek. Warto w tym momencie przypomnieć, czym w ogóle gatunek jest. To kod, który potrafi rozpoznać widz i którego używa autor. Dzięki użyciu odpowiedniego kodu te same sytuacje mogę mieć różne znaczenia. Ta sama babka Dulska, starająca się za wszelką cenę utrzymać porządek w domu, w zależności od kodu może być śmieszna, przejmująca lub straszna. Rolą autora jest na samym początku filmu poinformować widza, z jakim gatunkiem ma do czynienia. Autor pań Dulskich cały czas zwodzi widza w tej kwestii. Niby babka Dulska jest przerysowana i popada w absurdy, ale też widzi krew spływającą po drzwiach. Ten film jest rozerwany, niespójny gatunkowo. Dlatego nie można związać się z rodziną Dulskich: ani się z nich śmiać, ani im współczuć.

Co znaczy dla babki Dulskiej spokój i wizerunek rodziny, o który tak walczy? Jaka jest jej stawka w walce z Hanką? Co będzie, gdy gazety napiszą albo sąsiedzi dowiedzą się, że jej syn ma dziecko ze służącą? Czy oni, jako rodzina, mają coś realnie do stracenia, czy całe jej potencjalne upokorzenie byłoby tylko w jej głowie? Inni ludzie zdają się nie podzielać jej obaw. Mąż milczy, syn się nie przejmuje. Świat wokół nich też jest bardzo wyrozumiały, mordercy wracają do społeczeństwa po kilku latach pobytu w więzieniu i nie są z niego wykluczeni. Więc czy babka Dulska ma się czego bać, czy po prostu jest zdziwaczałą starowinką?

Syn babki chce się żenić z Hanką. Czy naprawdę ją kocha, czy robi to na złość babce? Gdy na początku przybył nie wiadomo skąd, to podrywał sąsiadkę, a potem zaciągnął Hankę pod stół. Od początku sprawiał wrażenie, jakby chciał z Hanką tylko sypiać, a nagle chce ją przyjąć do rodziny. Nawet podczas rodzinnej kulminacji Hanka jest przez niego traktowana przedmiotowo, on robi wszystko przeciwko swojej matce. Dziwi mnie potem, że porzuca rodzinny dom i z nią wyjeżdża. Nie mam nigdy wrażenia, że Hanka dla niego coś znaczy.

To, że Hanka jednak nie umarła, jest oczywiste od kiedy Zbyszek siedzi w kawiarni z ciotką. Wtedy znika tajemnica i oglądamy sekwencję o tym, jak syn i ciotka oszukali babkę Dulską. Tuż przed kulminacją głównego wątku, na którego rozwiązanie czekali widzowie, film z kryminału zmienia się w komedię. Czuję się oszukany. Cały dramat Hanki, którego wysłuchać przyjechał Rainer, robi się przez to błachy, zostaje sprowadzony do rodzinnych gierek.

Okazuje się też, że matka reżyserki, a córka babki Dulskiej, od kilkudziesięciu lat wiedziała, że Hanka wtedy nie umarła. Teraz tłumaczy to Rainerowi i swojej córce reżyserce tym, że chciała mieć w garści babkę Dulską. Mała dziewczynka zdecydowała, że jej matka będzie całe życie zadręczać się, że kogoś zabiła i że przez to jej syn ją porzucił, bo chciała mieć ją w garści. Ośmioletni geniusz zła.

Rainer okazuję się być synem Hanki. Po pierwsze: jest to kolejny przykład, że wiek i wygląd bohaterów nie mają dla twórcy żadnego znaczenia. Rainer jest około 8-10 lat młodszy od matki Dulskiej, a wygląda jakby był jedno pokolenie starszy. Po drugie: po co tu przyjeżdżał, skoro znał od początku rozwiązanie zagadki? Czego on szukał w tej opowieści? Czy to znalazł? Czy chciał wiedzieć, co było dalej z babką Dulską? Chyba tak, bo to jedyna rzecz, której nie wiedział od swoich rodziców. Czy przebaczył jej to, co zrobiła? Czy zrozumiał, dlaczego to zrobiła? Czy w ogóle jakkolwiek zmieniła go ta wyprawa do domu swoich rodziców? Powinno być tak, że przyjeżdża nienawidząc swojej babki, a wyjeżdża pełen współczucia dla tej nieszczęśliwej kobiety. Albo odwrotnie, najpierw myśli, że babka nie mogła być tak zła, jak mówili rodzice, a okazuje się, że była sto razy gorsza. Ale nie widzę w nim żadnej przemiany, żadnego skutku tej wizyty.

Rainer pojechał, najmłodsza Dulska, reżyserka, idzie na spacer. Mija żebraczkę, niby się waha czy coś zrobić, w końcu odchodzi i nie robi nic. Koniec sceny. Co to znaczy? Ona, jako postępowa i świadoma kobieta, może przecież sądzić, że żebracy zamiast żebrać, powinni iść do pracy. Nie widzimy, czy ta żebraczka jest stara i schorowana, widzimy tylko, że chce pieniądze. Więc nie wiem, czy to, że ona jej nie pomaga, to dla tej postaci coś dobrego czy coś złego. I czy fakt nie dania pieniędzy jest efektem odkrycia rodzinnej tajemnicy? Czy wiedząc, że babka prawie zabiła Hankę, ale jednak okazało się to mistyfikacją, którą przez lata podtrzymywała jej matka, ona patrzy na świat inaczej?

Ostatnie ujęcie. Żegnamy Rainera na lotnisku i autor puentuje opowieść napisem „something to declare”. Wymyśliłem specjalne określenie dla takich zabiegów: sratafora. Czyli coś, co wygląda, jakby było mądre i coś znaczyło, ale w rzeczywistości nie ma sensu i nie znaczy nic. Po pierwsze: dlaczego film po polsku puentują jakieś lotniskowe mądrości po angielsku? Po drugie: „something do declare” w tym kontekście oznacza: „coś do oclenia”. Czyli towar, którego przewóz na mocy prawa obowiązującego w danym kraju podlega opłacie. Co to znaczy dla wyjeżdżającego Rainera? Co to znaczy dla całej historii Hanki i babki Dulskiej? Czy Rainer musi jeszcze ponieść jakiś koszt w związku z opowieścią, jaką poznał w domu Dulskich? Czy babka Dulska albo jej córka przyznała się do czegoś i w jakiś sposób poniosła tego koszt?

Pomyślmy, jaki koniec miałby sens. Gdyby z tej całej opowieści coś wynikało dla Rainera, na przykład to, że znalazł jakieś zrozumienie dla działań babki, to będąc teraz na lotnisku mógłby sobie usiąść wygodnie w poczekalni i obserwować siedzącą naprzeciwko współczesną rodzinę jadącą na wakacje all inclusive. Kilkuletni chłopiec z tej rodziny podszedłby do bawiącej się przy swoich rodzicach małej muzułmańskiej dziewczynki i zaczął się z nią bawić. Po chwili pojawiłaby się jego matka, która uśmiechając się uprzejmie do rodziców dziewczynki zabrałaby syna, a potem posadziła go na kolanach i umyła mu ręce nawilżonymi chusteczkami. Rainer widząc to prychnąłby pod nosem z dezaprobatą, ale po chwili dostrzegłby troskę w działaniu rasistowskiej mamy i zrozumiałby, że ona stara się przede wszystkim robić dobrze dla swojej rodziny. Tak jak babka Dulska. Rozejrzałby się wkoło i zobaczyłby mnóstwo ludzi, którzy tak jak rasistowska mama, są czuli i serdeczni dla swoich bliskich. Wtedy wyjąłby zdjęcie, które dostał od reżyserki. Na przedwojennym zdjęciu byłaby cała rodzina, w tym jego rodzice i babka Dulska, która czule obejmowałaby jego ojca. Wtedy właśnie zrozumiałby, że babka Dulska naprawdę kochała swoje dziecko. Uśmiechnąłby się do siebie i wzruszony wybaczył jej.


Przeczytaj inne analizy

CHEMIA

Moja wrażliwo-romantyczna połowa kilka razy się wzruszyła. Ale moja matematyczno-scenariuszowa połowa często mówiła: hola, hola!

CZYTAJ

PODSUMOWANIE FESTIWALU
FILMOWEGO W GDYNI 2015

Jako człowiek, który nic nie zrobił, nic nie napisał i zazdrości kolegom sukcesów, oklasków i filmów, powiem tak: Są dwa problemy.

CZYTAJ
POWRÓT DO LISTY ANALIZ






O MNIE

„Scenarzyści dzielą się na tych,
którzy piszą scenariusze i na tych,
którzy prowadzą blogi.”

Artur Wyrzykowski

Bardzo lubię oglądać filmy i zazdroszczę wszystkim, którzy spędzają życie na ich robieniu. Tego bloga prowadzę głównie dla siebie, bo dzięki temu się uczę. Piszę o tym, czego nie rozumiem i dlaczego teksty, na podstawie których powstały analizowane filmy, uważam za nieskończone. Moją naostrzoną ekierką punktuję ich słabości i niekonsekwencje. Staram się pisać konkretnie i analitycznie i z humorem i poczytnie. Wszystkim czytelnikom, widzom i twórcom życzę lepszych scenariuszy i zachęcam do chodzenia na polskie kino. Sobie życzę zrobienia filmu, który nie trafi na tego bloga.

Gdyby ktoś coś: halo@arturwyrzykowski.pl

REKLAMA

W kinach od 2 czerwca:

W kinach od 9 czerwca:

PRYWATA