SMOLEŃSK

Scenariusz: Tomasz Łysiak, Antoni Krauze, Maciej Pawlicki, Marcin Wolski

Reżyseria: Antoni Krauze

Panie Jarku, władco Polski,

Nikt z większą nadzieją niż Pan nie czekał na ten film i wierzę, że nikt bardziej niż Pan nie jest nim zażenowany. Jednak jako największy polski strateg musi pan docenić przebiegłość scenarzysty i producenta Macieja Pawlickiego. On, początkowo wyśmiewany i krytykowany przez Pańską opozycję, okazał się jej największym sojusznikiem. Jako autor i producent dopilnował, by „Smoleńsk” był filmem całkowicie pustym: pozbawionym wiarygodnych bohaterów i logicznej intrygi, amatorskim w formie. Dobrał sobie ludzi, którzy nie zasłynęli z wielkiego talentu, i sprawił, by wszystko robili jak najgorzej. Proszę mi wierzyć, jako poczytny bloger potrafię zauważyć, kiedy ktoś umie i kiedy ktoś nie umie. „Smoleńsk” nie wyszedł żenująco słaby przypadkiem, ale został zrobiony bardzo źle z najwyższą starannością. Nie można było bardziej skompromitować całego frontu pisowskiej teorii smoleńskiej niż poprzez uczynienie jej głównym orężem, legitymizowanym przez rząd i prezydenta, komunikatu tak amatorskiego i niewiarygodnego. To jest genialne. Widzę w tej intrydze szansę na drugą część „Smoleńska”, w której bohater odkrywa, że pierwsza część filmu była zmanipulowana przez Putina i Tuska. Wspólnie z Maciejem Pawlickim stworzyli konia trojańskiego, którego Pan, pański prezydent i rząd wpuściliście do kin, by ostatecznie pogrzebać swoje smoleńskie teorie. Ten film dobitnie pokazuje widzom, którzy (uwaga, bo to może być zaskoczenie) mają oczy i mózgi, że jesteście amatorami, których nie warto słuchać. Zamiast być pomnikiem ofiar tej tragedii, wpisuje się w rozpoczętą przez Pana kolegę, pana Antka, konwencję kabaretu. 9 września 2016 dzięki Maciejowi Pawlickiemu Polacy ostatecznie uwierzyli, że nie było żadnego spisku i żadnego wybuchu.

A mogło być inaczej. Wyobrażam sobie Pana złość i drżenie rąk, gdy czyta Pan te słowa. Pewnie czuje się Pan jak czarny charakter, który planował wysadzić świat, ale nagle odkrywa, że James Bond zabrał mu czerwony guzik. Dusi się Pan. Poci. Kręci się Panu w głowie. Proszę się uspokoić, mam znakomity pomysł, podpatrzony w Ameryce: remake (z angielskiego, oznacza powtórne zrobienie czegoś). Ten temat zasługuje na porządny filmu, na zachwyt widzów, a nie ich kpiny, znudzenie i niepochlebne komentarze w internecie. Warto podjąć kolejną próbę. Proszę zobaczyć, na przykład ten zwiastun filmu Kapitan Sully. Nieważne, czy ten film opowiada prawdę, czy nie, ale po jego obejrzeniu wszyscy uwierzą, że tak właśnie było. Tylko ten film ma coś, czego nie ma „Smoleńsk” - jakość i emocje. Na pewno przed decyzją o przekręceniu „Smoleńska” chce Pan dobrze zrozumieć, co nie udało się w pierwszej wersji. Lista jest długa, ale zrobiłem to dla Pana i przygotowałem ją. Proszę:

Cenię szczerość twórców, którzy w pierwszej scenie pokazują mi, jaki będzie ich film. „Smoleńsk” jest dokładnie taki, jak się zaczyna: biedny. Pierwsze ujęcie lądującego Jaka wygląda na wstępny render lub szczytowe osiągnięcie grafiki komputerowej lat 80. Widać, że ten model samolotu został tam nieudolnie wklejony, co od razu czytam jako metaforę całego filmu, który równie nieudolnie wkleja teorię pana Antka w prawdziwą rzeczywistość.

Perspektywa odpowiadania. Podstawowa rzecz, której zabrakło. Oglądamy tę opowieść z takiego punktu widzenia, jakiego akurat potrzebują autorzy: pilota Jaka, dziennikarki, szefa telewizji, pilota-wuefisty, żony pilota-wuefisty, widza telewizji informacyjnej, zmarłego prezydenta, asystenta prezydenta, żony generała, żony jeszcze kogoś. Ten kolaż perspektywy powoduje, że nie ma tu prawdziwego bohatera, który prowadziłby nas przez historię. Jest chaos, instrumentalne wykorzystanie postaci, demagogia, nuda.

Intryga. Już na początku autorzy sugerują nam, że katastrofa smoleńska nie była wypadkiem. Bardzo ciekawe, to jest świetny pomysł na film. Po kawałku odkrywamy spisek stojący za tą tragedią. Z czasem okazuje się, że w trakcie remontu polskiego samolotu Rosjanie ukryli w nim kilka bomb i zabili świadków, a potem zdetonowali bomby i upozorowali wypadek w sztucznej mgle i zabili świadków. No spoko, ale po co to zrobili? Jaki cel chcieli osiągnąć przeprowadzając tak skomplikowaną i ryzykowną operację? Padają sugestie, że to zemsta za akcję prezydenta Kaczyńskiego w Gruzji sprzed dwóch lat. Tylko po co się za to mścić, skoro ta akcja w Gruzji nic nie zmieniła? Z tego filmu nie wynika, że prezydent Kaczyński coś uniemożliwił Rosjanom. Pojechał, przemówił i co? Rosjanie i tak zabrali sobie kawałek Gruzji, tak jak zabrali sobie kawałek Ukrainy. Jeśli czekali dwa lata z zemstą, to dlaczego nie poczekali jeszcze pół roku, kiedy przestanie być prezydentem? Dlaczego akurat wtedy musiał zginąć? Co Rosjanie zyskali na tej śmierci? Czy w końcu był w to zamieszany Tusk, który w domysłach Marii Kaczyńskiej knuł coś po niemiecku z Putinem na oczach milionów telewidzów? Czy Tusk zlecił Putinowi zabicie Kaczyńskiego, a potem został prezydentem Europy? Kto jest głównym czarnym charakterem, Tusk czy Putin? Nie wyjaśniło się to, a powinno. Jeśli mam uwierzyć, że to był zamach, to muszę mieć pełny obraz sytuacji, muszę wiedzieć dlaczego komuś opłacało się uknuć taki spisek.

Główna bohaterka. Nina jest dokładnie taka, jaka powinna być postać, żebyśmy nie uwierzyli w nic i niczym się nie przejęli: płaska i pusta. Nina zna tylko trzy osoby na świecie: kochanka-operatora, złego szefa stacji i matkę. Nie ma życia prywatnego, marzeń, celów do zrealizowania. Nie pracuje z innymi ludźmi, niż jej kochanek. Nawet w montażowni wszystko robi sama. Przez dwa lata nie pracuje nad innymi tematami, niż Smoleńsk. Jest dziennikarką, reporterką śledczą, a gdy trzeba gościem programów publicystycznych (jednym z dwóch, których zaprasza stacja). Do tego jest najgorszą dziennikarką świata, w ogóle nie słucha swoich rozmówców, próbuje nimi manipulować i nie widzi, że wszyscy sprzedają jej jakąś mega aferę, którą powinna się zainteresować. Każdy normalny dziennikarz od razu by się na to rzucił i drążył i dopytywał, a ona, zamiast chcieć dowiedzieć się więcej, zaprzecza swoim rozmówcom. To jest głupia osoba, której opinia i losy w ogóle mnie nie interesują. Jeszcze płacze później, że jest oszukana. Jak jest głupia, to co się dziwi. Publicznie w telewizji powtarza niepotwierdzone informacje zasłyszane od tajemniczych szpiegów. Nawet jeśli takie były dziennikarki TVN, to wciąż ta informacja nie sprawia, że ta bohaterka i jej historia są ciekawe. Jeśli Nina musi być taka, to potrzebny jest inny główny bohater, z którym utożsami się widz. Kto sprawi, że historia stanie się opowieścią, a nie ilustracją tezy autorów.

Kochanek operator. Człowiek-zagadka, który zna tylko jedną osobę na świecie. Czy lubi swoją pracę, czy jest niespełnionym absolwentem szkoły filmowej? Czy kocha dwa razy starszą od siebie Ninę, czy jest z nią, żeby mieć pracę i mieszkanie? Jak zmienia się ich relacja na przestrzeni dwóch lat? Jak on się zmienia? Kiedy jest moment, w którym on zaczyna kwestionować oficjalne powody katastrofy? Co robi z tą wiedzą? Czy ma jakichś kolegów, z którymi o tym rozmawia? O czym marzy? Kim właściwie jest?

Zły szef stacji. Człowiek-rozkaz Moskwy. Zgodzi się na wszystko, co powie tajemniczy szpieg i co dostanie w smsie. Jaka jest jego motywacja, by być szatanem mediów? Czy kieruje się sympatiami politycznymi, wynikami oglądalności, czy osobistą korzyścią majątkową? Czy zatrudnia innych reporterów, niż Nina? Dlaczego poświęca jej tyle czasu i daje jej tak ważne zadania, skoro widzimy, że jest najsłabszą dziennikarką w całym zespole? Koledzy, którzy się czasem do niej dosiadają, kpią z jej nieprzygotowania i naiwności. Czy zły szef tego nie widzi? Dlaczego jej nie zwolni i nie przekaże tej sprawy profesjonalnemu dziennikarzowi? Na czym w ogóle polega ta sprawa, którą on jej dał? „Kręć przez dwa lata Smoleńsk, bo do niczego innego się nie nadajesz”?

Matka Niny. Człowiek-głos ulicy. Modli się wszędzie tam, gdzie córka szuka smoleńskich oszołomów. Ciekawa relacja, ale niezbudowana. Co jest przedmiotem konfliktu Niny i matki przed katastrofą? Czy wcześniej tak samo Nina obiecywała, że zadzwoni i nigdy tego nie robiła? Czy Nina wini matkę za odejście ojca? Czy matka przed katastrofą ma do Niny jakiś uraz? Czy katastrofa coś zmienia w ich relacji? Dlaczego nie następuje pogodzenie, skoro Nina na końcu również wierzy w zamach? Dlaczego po powrocie z USA nie pokazała mamie tej animacji, która wszystko ładnie tłumaczy?

Zagraniczny gość. Człowiek-prawda. Nie wiadomo kim jest i po co przesiaduje w stacji telewizyjnej, ale jest zawsze na miejscu, gdy trzeba poddać w wątpliwość oficjalną wersję i skrytykować rząd. Czy on przyjechał do Warszawy do pracy? Czy jest przełożonym złego szefa, czy jego podwładnym? Jak długo tu już jest? Na czym polega jego misja?

Tajny szpieg. Człowiek-zagrożenie. Tajemniczo przesiaduje u złego szefa stacji, tajemniczo wsiada do auta na miejscu rzekomego samobójstwa generała. Tylko dlaczego nietajemniczo wypowiada się jako gość w programie publicystycznym? On jest szpiegiem, czy politykiem? Pracuje dla Putina, czy dla Tuska? Czy jest z PO? Jaki ma cel w tej intrydze, poza manipulowaniem Niną?

Jest kilka metaforycznych scen, których nie da się zrozumieć. To tak zwane sratafory, czyli metafory, które niby coś znaczą, a naprawdę nie znaczą nic. Na przykład scena, w której czyjaś żona (nie wiadomo czyja, z PIS czy z PO) ogląda zdjęcia męża z jego portfela i odpowiada Rosjaninowi wierszem. Po co ten mąż ma zdjęcie Popiełuszki i żołnierza katyńskiego w portfelu? Co łączy tych dwóch z tą kobietą? Czy ona też umrze z ręki totalitarnego systemu? Dlaczego ona nie odpowiada wprost, dlaczego nie chce współpracować? Czy ona już tu wie, że to Rosjanie zabili jej męża? Nic z tego nie rozumiem, za to wchodzę w kolejne sceny z wrażeniem oszołomstwa i bełkotu.

Jest też kilka scen, w których można umrzeć z zażenowania. Na przykład scena, w której tłum krzyczący „Wawel królom” w połowie składa się z Azjatów. Trudno o lepszy dowód na ironię twórców.

Jest mnóstwo scen, które są po nic. Nie rozwijają akcji, nie zbliżają bohaterki do odkrycia czegokolwiek, nie wyjaśniają teorii spiskowej. Na przykład scena, w której Nina przychodzi do złego szefa i mówi, że są jakieś dwie konwencje do badania katastrof i skoro to był lot wojskowy, to powinna być inna konwencja. Pyta szefa, dlaczego nie jest, jakby nie mogła sobie sprawdzić w guglu. Zły szef mówi, że tak zdecydował ktośtam. Podaje dwa nazwiska, których już nigdy później nie słyszymy. Ona wychodzi i też nie drąży już nigdy tego tematu. Nic z tej sceny nie zostaje w głowie widza.

Najwięcej jest scen absurdalnych i niewiarygodnych. Na przykład jak Nina wchodzi na jakąś podziemną stypę, gdzie są tylko rodziny ofiar. Albo jak bierze udział w intymnym procesie odbierania i oglądania rzeczy po zmarłych. Jak to możliwe, że obca dziennikarka, przedstawicielka kłamliwej telewizji, jest w takim miejscu? Dlaczego nie ma tam prawych dziennikarzy TV Republika? A potem jedzie sobie autem z tymi rodzinami, już jest ich zaufaną przyjaciółką. Skąd to się bierze? A potem przesiaduje w domu żony Błasika, prowokuje ją i manipuluje, a Błasikowa dalej ją zaprasza. Nie da się w to uwierzyć. Albo inna scena, jak MAK ogłasza na konferencji, że w krwi Błasika był alkohol, a zły szef ma pretensje do Niny, że ona nie wiedziała tego wcześniej. Jakby obowiązkiem Niny było mieć wtyczkę wśród rosyjskich wojskowych toksykologów.

Konstrukcja. Najważniejsza rzecz i największy problem. Nie wiemy jaki cel ma bohaterka w tej opowieści. Wiemy, że jej potrzebą jest odkryć prawdę o zamachu, ale jaką ona ma misję od złego szefa? Zmanipulować wszystkich Polaków? Zniszczyć pamięć o prezydencie Kaczyńskim? Czy ona jest narzędziem, od którego zależy powodzenie całej Tusko-Putinowskiej mistyfikacji? Co ona robi przez te dwa lata? Czy w jakiś sposób posuwa się naprzód w tym nieokreślonym celu? Nawet jeśli napotyka na jakieś przeszkody, typu „żona Błasika nie chce rozmawiać”, to i tak nie widzimy, jak je pokonuje. Nie wiemy, czy to jest trudne, jakich umiejętności i jakiego poświęcenia od niej wymaga. Po prostu nagle oznajmia swojemu kochankowi i widzom, że przeszkoda zniknęła, Błasikowa już chce rozmawiać. Droga Niny do prawdy jest zbiorem przypadkowych spotkań, na które trafia nie wiadomo jak. Ona, jako główna bohaterka, nie podejmuje żadnych decyzji, nie wyciąga wniosków, nie realizuje żadnego planu, o nic nie walczy. Jest figurą targaną przez autora od informacji do informacji, z których ma się złożyć obraz zamachu i międzynarodowego spisku. Nagle, po godzinie filmu, nie wiadomo jak trafia na byłego aystenta prezydenta Kaczyńskiego, który ma odpowiedź na wszystkie pytania i wprowadza nas w zaczarowany świat retrospekcji. Potem pojawia się drugi nie wiadomo kto i nie wiadomo dlaczego daje jej listę tajemniczych samobójców. Brakujący element układanki Nina zdobywa też przypadkiem. Jadąc do ojca do USA odkrywa, że w Ameryce wszyscy już znają prawdę o wybuchach, mają nawet animację, która to bardzo ładnie pokazuje. Tylko dlaczego, kiedy odkryła już całą prawdę, nic z tym nie robi? Nie puszcza tej animacji złemu szefowi, nie zmienia pracy na TV Republika, nie chodzi z matką na miesięcznice smoleńskie? Dlaczego nie założy poczytnego bloga, na którym będzie analizować nieskończone spiski smoleńskie?

Odpowiedź na to przynoszą autorzy i ukrywają ją między wierszami retrospekcji. Sceny z prezydentem Kaczyńskim nie są ilustracją rozmów, które przeprowadza Nina, ale jej wyobrażeniem tego, co się stało. Nikt nie był świadkiem rozmowy Lecha i Marii Kaczyńskich na kanapie, gdy z ruchu warg Tuska wyczytali jego zdradę. Nikt nie był świadkiem, gdy do rosyjskiego kontrolera lotów przyszedł żołnierz z rozkazem sprowadzenia samolotu w mgłę. Wszystko wyobraziła sobie Nina. Tworząc te sceny w taki sposób i układając je w takiej kolejności, autorzy budują u widza poczucie subiektywnej wizji naszej bohaterki, zamiast poczucia jedynej słusznej prawdy. Jest to bardzo konsekwentne w ramach tej opowieści, ale całkowicie sprzeczne z oczekiwaniami zwolenników teorii o zamachu. W tym filmie zamach to wyobrażenie osoby ułomnej, nieudolnej dziennikarki odizolowanej od prawdziwego świata, pozbawionej zdolności własnego myślenia, której wystarczy sto razy zadać pytanie „I pani w to wierzy?”, by przestała wierzyć. Panie Jarku, jak ktokolwiek odbierając taki przekaz, może jeszcze brać pod uwagę, że naprawdę doszło do zamachu? Ten film ostatecznie kompromituje tę teorię.

Geniusz Macieja Pawlickiego błyszczy najjaśniej w ostatniej scenie, gdy duchy delegacji smoleńskiej spotykają duchy żołnierzy katyńskich. To zamknięcie, przekraczające granice absurdu i kiczu, jest jak młot, który wszystkim widzom ostatecznie wybija z głowy resztki złudzeń, że teoria o zamachu jest prawdopodobna. Ta scena to dumny manifest twórców: „Żartowaliśmy! To wszystko są jaja! Nie było żadnego zamachu!”. A eksperci PISF chcieli Pana i wszystkich Polaków przed tym uchronić i dlatego już dawno publicznie skrytykowali tę scenę. Czy Pan myśli, panie Jarku, że oni to zrobili ze złośliwości? Że chcieli Pana oszukać? Że to jest genialna scena, której przyspawani do koryta Polacy gorszego sortu nie mogli zdzierżyć? Panie Jarku, przecież ci eksperci chcieli dobrze dla filmu, chcieli Pana uchronić przed scenariuszem Macieja Pawlickiego. Ale Pan nie chciał słuchać, to teraz Pan ma: największe kuriozum w polskim kinie. Propagandowy film, który ostatecznie niszczy propagandę, dla której powstał.

Panie Jarku, proszę się jednak tym za mocno nie przejmować i spokojnie pomyśleć o remakeu. Pan lepiej niż inni wie, że nieważna bitwa, ważna wojna. Teraz, gdy skupił Pan w swoim ręku pełnię władzy, na pewno szybko pójdzie Pan tropami wskazanymi przez bohaterkę filmu, ujawni te wszystkie tajemnicze samobójstwa, odzyska wrak i poprosi o pomoc NATO, skoro było tak chętne do ustalenia przyczyn katastrofy. Skoro Polska, po ośmiu latach rządów PO, wreszcie wstała z kolan, to pewnie teraz zagraniczne wywiady, które znają prawdę o Smoleńsku, podzielą się z nami tą prawdą, a Putin i Tusk zostaną przez Pana sprawiedliwie osądzeni. Czekamy.


Przeczytaj inne analizy

SŁUGI BOŻE

Mamy fajnych bohaterów, tajemnicze samobójstwa i tortury nagich kobiet. Ale niestety jesteśmy w Polsce, gdzie słowo „logika” jest największym wrogiem każdego filmowca-artysty.

CZYTAJ

ZJEDNOCZONE STANY MIŁOŚCI

Największy sukces polskiego scenariopisarstwa w 2016 roku. Oczywiście zazdroszczę i gratuluję, ale po chwili wyciągam swoją scenariuszową ekierkę i co widzę:

CZYTAJ
POWRÓT DO LISTY ANALIZ






O MNIE

„Scenarzyści dzielą się na tych,
którzy piszą scenariusze i na tych,
którzy prowadzą blogi.”

Artur Wyrzykowski

Bardzo lubię oglądać filmy i zazdroszczę wszystkim, którzy spędzają życie na ich robieniu. Tego bloga prowadzę głównie dla siebie, bo dzięki temu się uczę. Piszę o tym, czego nie rozumiem i dlaczego teksty, na podstawie których powstały analizowane filmy, uważam za nieskończone. Moją naostrzoną ekierką punktuję ich słabości i niekonsekwencje. Staram się pisać konkretnie i analitycznie i z humorem i poczytnie. Wszystkim czytelnikom, widzom i twórcom życzę lepszych scenariuszy i zachęcam do chodzenia na polskie kino. Sobie życzę zrobienia filmu, który nie trafi na tego bloga.

Gdyby ktoś coś: halo@arturwyrzykowski.pl

REKLAMA

W kinach od 2 czerwca:

W kinach od 9 czerwca:

PRYWATA