ZBLIŻENIA

Scenariusz: Magdalena Piekorz, Wojciech Kuczok

Reżyseria: Magdalena Piekorz

Są dwa rodzaje złego kina. Pierwszy rodzaj, to filmy takie, jak „Bilet na księżyc”, w których historia opowiadana jest w sposób nieudolny, przypadkowy, amatorski. Autor być może ma coś do powiedzenia, ale nie ma warsztatu, by opowiadać.

Drugi rodzaj zła, to filmy takie, jak „Zbliżenia”, w których opowiadana historia jest pretensjonalna, sztuczna, absurdalna. Autor być może ma techniczną umiejętność budowania opowieści, ale to, co ma do powiedzenia, powinien zachować dla siebie.

Długo nie wiem, czego chce Marta. Czy ona chce być wielką artystką? Czy chce się zakochać? Czy chce się uwolnić od matki i żyć normalnie? Ekspozycja jest bardzo długa, pierwszy punkt zwrotny jest dopiero po ślubie, jak mama dzwoni swoim dzwonkiem z horroru. Wtedy zawiązuje się konflikt, wtedy wiemy, o czym to będzie film. Do tego czasu jest nudno.

Początek filmu, jeszcze nie ma dramatu z matką, oglądamy scenę z tajemniczym mężczyzną, z którym Marta pisała listy. To jest scena komediowa. Nie jest śmieszna, to humor na poziomie polskiej telenoweli, ale jednak jest to scena komediowa. Zapowiada inny film, niż ten, który potem oglądamy. Wprowadza widzów w błąd.

Dlaczego Marta pisze listy z obcymi ludźmi? Wszystko tu jest niezrozumiałe.
Po pierwsze: sama czynność pisania listów. Czy ktoś tak próbuje jeszcze kogoś poderwać? Czy ona nie ma na uczelni albo w muzeum nikogo, kogo może zwyczajnie zaczepić? Czy nie chodzi na imprezy ze znajomymi, gdzie może poznać nowych ludzi? Może nie, tylko ja tego nie wiem. Normalni ludzie tak robią, jeśli ona tak nie robi, to trzeba o tym opowiedzieć.
Po drugie: po co jej ta miłość z listów? Czy jej brakuje mężczyzny do łóżka, czy miłości, która wypełni jej życie? Czy rozmawiała o tym z matką? Czy któraś z nich bierze pod uwagę, że Marta wyprowadzi się do swojego chłopaka?

Motyw z fałszywym autorem listów i jej determinacją, by odkryć prawdziwego autora, jest bardzo fajny. Szkoda, że nic z niego nie wynika później dla filmu. Ani praca Jacka nie ma konsekwencji w ich relacji, ani sposób w jaki się poznali. Nawet inteligencja i stanowczość Marty nie mają swojej kontynuacji, bo później w relacji z matką i Jackiem Marta zachowuje się jak niesamodzielne dziecko.

Poznali się i kolejna scena to ślub. Ile minęło czasu, pół roku? Rok? Na pewno tyle, że Jacek przez ten czas powinien doskonale poznać relację Marty z matką. Problem, który widzowie mają dopiero poznać, po całym okresie ich narzeczeństwa powinien być już rozwiązany.

Dlaczego Marta się wyprowadza, jeśli chce być z Matką? Czy planując wyprowadzkę myślała o tym, że matka zostanie sama? Czy dopiero w momencie wyprowadzki odkrywa, że tak bardzo potrzebuje matki? Rozumiem, że to skomplikowana psychologicznie, toksyczna relacja. Ale nie można toksycznością zasłaniać wszystkich nielogiczności w zachowaniach bohaterów. Ja, jako widz, muszę wiedzieć co Marta planuje, kiedy jej plan się zmienia i dlaczego. Nawet jeśli powodem zmiany jest toksyczność relacji, to trzeba o tym opowiedzieć.

Dzwonek telefonu: „Martusiu odbierz, tu mama”. To jest kosmos. Czy matka sama ustawiła ten dzwonek i wpisała jakiś tajemny kod, który Marcie uniemożliwia jego zmianę? Czy Marta jest masochistką i lubi mieć wyrzuty sumienia? Czy nie wstydzi się tego dzwonka przy znajomych? Czy ma jeszcze jakichkolwiek znajomych, mając taki dzwonek? Czy nagrywając ten tekst matki, Marta robiła to ze łzami w oczach, czy dobrze się bawiła? Czy robiły duble? Czy Marta reżyserowała matkę, kazała jej nagrywać warianty: bardziej na surowo, bardziej na desperację, bardziej na czułość? Po prostu nie da się obronić tego pomysłu, to jest skrajne zło. Nie można być dorosłym człowiekiem i mieć taki dzwonek. Nie można być narzeczonym kogoś, kto ma taki dzwonek i nie widzieć problemu. Nie.

Cały ten problem zależności matki od córki, który w tak niewiarygodny sposób jest rozciągnięty na wiele miesięcy ich życia, można rozwiązać w pięć minut. Jacek, gdyby był tak mądry, jak zapowiadały jego listy, powiedziałby tak: „Marta, jesteś moją żoną, kocham cię, chcę spędzić z tobą całe życie, myślę że potrzebujemy pomocy specjalisty.” A matce powiedziałby tak: „Mamo, jesteśmy rodziną, chcę żebyś była szczęśliwa, ale zrozum, że Marta teraz żyje ze mną.” Po takich pięknych deklaracjach miłości zabrałby obie panie na terapię i wszyscy byliby szczęśliwi i nie było by filmu. To jest coś, co wie każdy widz. Każdy oglądając tych ludzi widzi ich nieporadność, niekonsekwencję, wręcz głupotę.

Nie rozumiem relacji Marty i Jacka. Raz się kłócą i zapowiada się rozstanie, innym razem są szczęśliwi i pojawia się temat dziecka. Nie wiem, ile czasu minęło od ślubu, czy tygodnie, czy miesiące. Nie wiem, czy oni sobie to wszytko jakoś ułożyli, czy żyją w ciągłej kłótni i dramacie.

Okazuje się, że Marta ma 37 lat. Jest to duże zaskoczenie, bo:
- wygląda na 27
- niedawno skończyła studia, robi jakąś pracę dyplomową
- zachowuje się jak młoda, niedoświadczona dziewczyna, a nie jak dojrzała kobieta

Matka mówi, że Marta nie nadaje się, by mieć dzieci. Czy matka kocha Martę, czy jej nienawidzi? Czy mówi to ze strachu, że zostanie sama? Ale przecież już jest sama. Dlaczego Marta nie ma potem pretensji do matki o ten tekst i zachowuje się, jakby nic się nie stało? Rozumiem, że tu wytłumaczeniem mogą być słowa-wytrychy: toksyczność i uzależnienie. Nawet jeśli ich relacja polega na tym, że raz się kochają, a raz nienawidzą, to autorka powinna mi to wytłumaczyć, bo oglądając mam wrażenie, że to niedojrzali emocjonalnie idioci.

Nawet jeśli zaakceptujemy reakcje matki i Marty, to wciąż niezrozumiałe są reakcje Jacka. Czy on też jest częścią tego "toksycznego" układu? Czy jest współuzależniony? Dlaczego nie reaguje stanowczo na matkę, która obraża Martę? Dlaczego przez długi czas zachowuje się, jakby nie widział żadnego problemu w relacji matki i Marty?

Gdzie jest jakiś świat w tej opowieści? Jacyś znajomi, życie towarzyskie, szefowie, współpracownicy, sąsiedzi? Wszystko to jest takie okrojone, wysterylizowane, bo gdyby wpuścić choć trochę prawdy zewnętrznego świata, to wszystko by się rozsypało.

Marta we śnie goni Jacka. Czego to jest metafora? Ona go kocha i boi się, że od niej ucieknie? Dlaczego więc nic nie robi, żeby temu zapobiec? „Nic”, to znaczy: Dlaczego nie rozwiązuje problemu, przez który on może odejść?

Marta myśli, że Jacek chce ją zostawić, a okazuje się, że to niespodziewana wycieczka. Bardzo miło, tylko dlaczego żadnego z nich nie niepokoi, że Marta spodziewała się rozstania? Dlaczego nie chcą o tym porozmawiać? Przecież oni mają wielki problem, który ignorują.

Marta biega sobie wesoło po plaży jak mała dziewczynka na pierwszych koloniach bez rodziców. Fajnie, miło. Czy to znaczy, że jest szczęśliwa bez matki? Zdejmuje z siebie ubrania. Czy to metafora wolności? Czy na to czekała całe życie?

Jacek zabiera Marcie telefon. Czy to są dorośli ludzie? Czy on się bawi w terapeutę? Czy ona nie potrzebuje go to pięciuset innych rzeczy, do których obecnie używamy telefonu? Czy nie żadnych znajomych, z którymi chciałaby pomówić lub popisać?

Martwe ryby na plaży!!! Nowy rekord pretensjonalności w polskim kinie. Cały świat daje jej znak, że jej wolność jest okupiona czyimś cierpieniem. Że ona tu sobie wesoło biega, a tam jej matka cierpi, niczym te ryby bez wody. Bo dla matki Marta jest jak woda. I gdyby Marta głupia nie biegała po plaży, to i ryby i matka by żyły. To jest moment w którym jestem przekonany, że ten film nie powinien nigdy powstać, ta historia nie powinna nigdy nikomu zajmować czasu.

Matka nie odbiera, więc jadą. Dojechali i dowiadujemy się, że nie było ich tydzień. Jak to możliwe? To kiedy te martwe ryby się pojawiły, pierwszego dnia, czy ostatniego? Wyglądało to jak pierwszy dzień ich wycieczki.
Jeśli nie, to jak wyglądał ten tydzień? Radziła sobie bez telefonu?
Jeśli tak, to jak wyglądał ten tydzień? Codziennie dzwoniła do matki z nadzieją, że odbierze?

Matka traci przytomność. Stara, schorowana kobieta, której nie widzieli przez tydzień, traci przytomność, a oni zamiast po karetkę dzwonią po doktora z walizeczką. Czy to jest osiemnasty wiek? Czy oni chcą, żeby ona umarła?

Marta znajduje list od ojca, spotyka się z ojcem, nic z tego nie wynika. Wiemy tylko, że jest jakiś ojciec, jakaś inna rodzina i że jej nie pomoże. Motyw szukania pieniędzy w tym wątku jest dużo mocniejszy niż motyw posiadania ojca, który dla jej relacji z matką mógłby być kluczowy. Nie jest, w żaden sposób nie wpływa na relację Marty z matką, nie buduje żadnych analogii. Jest niepotrzebny.

Matka ma długi, Jacek odchodzi do Marty. Jeszcze kilka dni temu zabierał ją na plaże, chciał ratować związek, a teraz odchodzi? Z powodu długu, na który Marta nie miała wpływu? Czy z powodu tego, że Marta chce pomóc zadłużonej matce? Czy Jacek już nie kocha Marty, czy już nie ma siły walczyć o nią? Przecież walczy dopiero od tygodnia. Dlaczego odchodzi?

Dlaczego Marta nie stara się wyjaśnić z matką kwestii komornika? Dlaczego nie rozmawia z nią o swoim rozstaniu? O spotkaniu z ojcem? Dlaczego nie robi rzeczy oczywistych, które w opinii widzów powinna zrobić?

Jacek odszedł, Marta jest w ciąży. Co za zbieg okoliczności. Na pewno dla wszystkich widzów było to ogromne zaskoczenie.

Marta i matka przez kilka dni nie potrafiły normalnie porozmawiać, ale wystarczy, że przyjechała ciotka i już pozwalają sobie na szczerość i prawdziwe emocje. Czy ciotka jest terapeutką, że potrafiła je tak uruchomić?

Matka pojawia się w pracy Jacka i mówi „Uwolnij nas od siebie”. Najpierw ustalmy, co to w ogóle znaczy, bo jak pokazują moje badania wśród widowni, może to mieć dwa znaczenia.
Pierwsze: „Jacku, spraw żebym mogła żyć bez Marty, a ona żeby mogła żyć beze mnie, uwolnij nas od siebie.”
Drugie: „Jacku, ja i Marta będziemy razem, ty nie przeszkadzaj, zniknij, uwolnij nas od siebie.”
Druga interpretacja wydaje mi się pozbawiona sensu, bo przecież on już się z rozstał z Martą, nie trzeba go prosić, żeby odszedł.

Tak więc matka prosi Jacka, by pomógł jej oderwać się od Marty. Bardzo miło z jej strony, tylko skąd to się bierze? Co takiego się wydarzyło, że matka zobaczyła coś, czego nie widziała przez lata?

Marta odnosi sukces zawodowy. Poobcinała rzeźbom piersi i wszyscy są zachwyceni. Czy to znów jakaś metafora? Czy obcinając im piersi mówi o sobie? Czy sama czuje się niepełną kobietą, niesamodzielną, dzieckiem pozbawionym piersi, niezdolnym do opuszczenia rodzinnego gniazda? Czy afirmacja tej twórczości przez świat jest, w zamierzeniu autorki filmu, diagnozą współczesnego społeczeństwa - dysfunkcji obecnych trzydziestolatków w ich relacjach z rodzicami? A może nie ma to głębszego sensu i chodzi tylko o to, żeby bohaterka poczuła się bezpiecznie, żeby wreszcie zaczęła wychodzić na prostą i układać sobie życie?

Jacek przyjmuje misję ratowania małżeństwa i usamodzielniania żony. Czy zabiera ją na terapię? Czy jedzie z nią nad morze, gdzie stojąc na molo mogłaby obserwować ryby wesoło pływające w wodzie? Nie. Jacek nie zajmuje się problemami emocjonalnymi, tylko finansowymi. Spłaca długi matki, licząc że to otrzeźwi wszystkich i problem uzależnienia zniknie. W takim momencie myślę sobie: „Bardzo dobrze, że są nieszczęśliwi. Banda bezrefleksyjnych idiotów. Niech płaczą, cierpią, najlepiej niech wszyscy z tego cierpienia się zabiją jak najszybciej.”

Matka ma się przeprowadzić. Już wszystkie jej rzeczy wyjechały, cały dom jest pusty, ale przypadkiem ostało się jej łóżko. Dzięki temu nie musi spać na podłodze, gdy prosi o możliwość zostania w domu. Dobrze, że panowie od przeprowadzek są tacy nieuważni.

Matka przychodzi do Jacka, prosi go, by coś zrobił, ale kiedy on zaczyna coś robić, to jest przeciwna. Czy ona już nie chce, żeby coś zrobił? Czy nie zgodziła się na to wcześniej, nie ustalili razem jakiegoś planu?

Jacek mówi, że spłaci dług, po czym oglądamy scenę, w której idzie do komornika i spłaca dług. Gdyby chociaż ta scena mówiła cokolwiek nowego o relacji Jacka z Martą, ale nie robi tego. Jest tylko wizualizacją jego zapowiedzi. Niepotrzebnym brudem montażowym, który mnie nudzi i obniża moje zainteresowanie historią.

Matka ma wylew. W końcu! Jaka to ulga dla widza, wreszcie skończą problemy. Oby tylko nie przeżyła.

Marta znajduje w domu swoje obrazy. Rozumie, że matka była jej jedyną klientką. Pośród absurdów i głupot, którymi ten film jest przepełniony, to jest naprawdę dobry pomysł. To jest mocne, dużo buduje, dużo zmienia. Bardzo mi się podoba. Niestety tu też mam kilka wątpliwości:
- Te obrazy były kupowane przez lata, jest ich tak dużo, że pewnie matka je kupowała, odkąd Marta zaczęła malować. Czy Marty nie dziwiło, że w jej domu jest zamknięty pokój, do którego nigdy nie miała wstępu?
- Czy matka miała jakiś plan związany z tym kupowaniem obrazów? Zadłużała się i myślała, że tak będzie zawsze? Musiała wiedzieć, że pieniądze kiedyś się skończą. Dlaczego skończyły się akurat teraz? Czy coś się wydarzyło, czy to zwykły zbieg okoliczności, że przez lata się zadłużała, a komornik pojawia się akurat teraz, gdy między Martą i Jackiem zaczęło się układać?
- Czy to znaczy, że Marta jest zdolna, czy niezdolna? Rzeźby podobają się ludziom, więc chyba zdolna. Czy matka kupowała obrazy, żeby Marta się czuła lepiej? Czy może kupowała je, żeby samemu poczuć się lepiej, żeby nikt inny nie mógł mieć nawet kawałka jej córki? Bliższy jestem drugiej interpretacji, bo gdyby robiła to dla córki, to pewnie chciałaby, żeby jej twórczość docierała do odbiorców. Mogła wysyłać te obrazy jako darowiznę do domów dziecka, mogła zrobić z nimi setki rzeczy, ale wolała je schować przed światem.
- Zachowanie matki jest bardzo okrutne. Jak to odkrycie wpływa na Martę? Czy nienawidzi matkę? Czy rozumie? Czy wybacza? Czy podoba jej się to? Nie wiemy, może w ogóle nie wpływa.

Niestety okrutna matka-egoistka przeżyła. Widzowie są bardzo rozczarowani, choć po godzinie seansu są już do tego uczucia przyzwyczajeni. Matka żyje, ma się dobrze. Nie wiemy, ile czasu minęło od wylewu. Nie wiemy jak przez ten czas wyglądała relacja Marty z matką. Czy rozmawiały o obrazach, które matka całe życie kupowała?

Co jakiś czas oglądamy retrospekcje z pierwszej komunii Marty. Po co to oglądamy, jak te obrazy rzutują na opowieść? Jaką analogię budują albo jaką tajemnicę odkrywają? Nie wiem. Na końcu retrospekcji Marta przybiega do mamy, są szczęśliwe. Co z tego wynika? Że między nimi było kiedyś normalnie? Nie wiemy tego, jak było, widzimy tylko jedną miłą sytuację. Że takie toksyczne związki biorą się znikąd? Nie wiemy, skąd się biorą, widzimy tylko jedną miłą sytuację. Cała ta retrospekcja nie mówi nam zupełnie nic.

Matka się zabija! Bardzo mi się to podoba. Tylko skąd się to bierze? Kiedy ona rozumiała, że wszystkim będzie lepiej bez niej? Nie wiem. Czytając hasła pisane szminką, mam obawę, że nic nie zrozumiała, że po prostu oszalała. O co chodzi w tych hasłach? Że niby znika na chwilę, czy że nie znika i zawsze będzie obecna? Czy jej chęć kontroli małych rzeczy na łożu śmierci ma pokazać, że do samego końca chce kontrolować życie Marty? Czy to zapowiedź, że relacja Marty z dzieckiem będzie taka sama, jak matki z Martą? Nic nie rozumiem, ale cieszę się, że matka umarła i że to koniec filmu.


Przeczytaj inne analizy

OBYWATEL

Jerzy Stuhr ma dużą łatwość w opowiadaniu na poziomie scen i sekwencji. Tylko czy z tych sekwencji buduje się film, który ma swojego bohatera, swoją historię i czy coś z tego wynika? Według mnie nie.

CZYTAJ

JEZIORAK

Gdy widziałem ten film po raz pierwszy na festiwalu w Gdyni, nie dostrzegłem w nim błędów, po prostu cieszyłem się, że wreszcie oglądam coś, co nie jest bardzo słabe. Jednak mój czujny profesor zwrócił mi uwagę na kilka problemów.

CZYTAJ
POWRÓT DO LISTY ANALIZ






O MNIE

„Scenarzyści dzielą się na tych,
którzy piszą scenariusze i na tych,
którzy prowadzą blogi.”

Artur Wyrzykowski

Bardzo lubię oglądać filmy i zazdroszczę wszystkim, którzy spędzają życie na ich robieniu. Tego bloga prowadzę głównie dla siebie, bo dzięki temu się uczę. Piszę o tym, czego nie rozumiem i dlaczego teksty, na podstawie których powstały analizowane filmy, uważam za nieskończone. Moją naostrzoną ekierką punktuję ich słabości i niekonsekwencje. Staram się pisać konkretnie i analitycznie i z humorem i poczytnie. Wszystkim czytelnikom, widzom i twórcom życzę lepszych scenariuszy i zachęcam do chodzenia na polskie kino. Sobie życzę zrobienia filmu, który nie trafi na tego bloga.

Gdyby ktoś coś: halo@arturwyrzykowski.pl

REKLAMA

W kinach od 2 czerwca:

W kinach od 9 czerwca:

PRYWATA