ŻYĆ NIE UMIERAĆ

Scenariusz: Cezary Harasimowicz

Reżyseria: Maciej Migas

Bardzo podoba mi się antyalkoholowe przesłanie tego filmu. Zabrakło mi jednak wzruszeń, napięcia, a miejscami także logiki w budowaniu opowieści.

Bartek ma zrobić remanent swojego życia. Wbrew temu, co wynika z jego rozmowy z przyjacielem, remanent jest tak samo oczywisty jak pójście w tango. Ale wciąż jest to dobry pomysł na film. Bohater, który w obliczu śmierci postanawia odpłacić wszystkim za wszystko, odkupić grzechy, odejść z czystym sumieniem. Tylko czy Bartek tego właśnie chce? Co dla niego znaczy ten remanent? Czy on chce pogodzić się z córką dlatego, że czuje, że musi to zrobić, czy dlatego, że to jest jedna z pozycji do odhaczenia przed śmiercią? Co jest jego głównym celem, wokół którego zbudowana jest ta opowieść? Umrzeć z czystym sumieniem, czy naprawić relacje z córką? Nie wiem czego on naprawdę chce.

Dowiedział się, że wkrótce umrze i przychodzi do swojego przyjaciela. Oto parafraza ich rozmowy:
- Januszu Chabiorze mentorze, co ja pocznę? Wkrótce umrę, a tu jeszcze półtorej godziny filmu o mnie. Jak je wypełnić? Co ja mam chcieć teraz?
- Poczekaj, tylko zapalę fajkę, to nie będzie to brzmiało tak pretensjonalnie. Chciej remanent życia.
- Powiem ci mój mentorze, że sam bym na to nie wpadł. Nawet jak próbowałem dodzwonić się co córki, to nie pomyślałem, żeby jakoś zawalczyć o nią, żeby postarać się, by mi wybaczyła. Dopiero ty ze swoją propozycją remanentu sprawiłeś, że moje życie i opowieść o nim znów ma sens.

Także to już na początku nie jest ciekawe. Bohaterowi w oczywisty sposób przyjaciel zasugerował coś oczywistego. A przecież Bartek mógłby na przykład zobaczyć z balkonu dwóch pijaków bijających się pod blokiem, a po chwili by się pogodzili i to by go zainspirowało, żeby się pogodzić z rodziną. Albo mógłby się pokłócić z córką przez telefon i to by go natchnęło, by jednak do niej jechać i o nią walczyć. Albo mógłby się dowiedzieć, że córka jest w ciąży, albo że ma męża alkoholika, albo że obroniła doktorat. Mogłoby się wydarzyć cokolwiek, co by go „zainspirowało do podjęcia samodzielnej decyzji”. I ci jego koledzy powinni mu mówić: „Stary, zapomnij” albo „Co jej chcesz się do życia pakować, jak zaraz umierasz”, a on by mówił „To moja córka! Jadę!”. I cała widownia by płakała i mówiła „Jedź!”. A tak nikt nie płacze. Mentor kazał, bohater musi.

Pomysł na remanent życia jest dobry, tylko to nie jest dobry remanent. Po pierwsze jemu się wszystko nie udaje. Co chce naprawić, to słyszy, że alkoholikom wstęp do przebaczenia wzbroniony. Po drugie wątek remanentu się nie rozwija, te sytuacje nie grają na siebie, jedne decyzje nie pchają Bartka w stronę kolejnych. To jest zbiór niepowiązanych epizodów, obrazów jego życiowej klęski. Więc jest nudno. Nawet nie przejmuję się jego losem, bo uważam, że każdy alkoholik zasługuje na każdego zło, które zostanie mu odpłacone.

To jest alkoholik, który z opowieści żony i córki wyrasta na potwora odpowiedzialnego za rozbicie rodziny. To nie jest hazardzista, który przegrał dom, ale zawsze był ukochanym tatusiem małej córeczki. To jest niszczyciel żyć, który krzywdził bliskich latami i nie zasługuje na żadne zbawienie. Świat będzie lepszy bez niego. Mimo że teraz jest fajnym gościem, to jednak jego wcześniejsze wybory dyskwalifikują go jako postać, której mam kibicować i której losem mam się wzruszać. Gdyby zaczął pić po odejściu żony i córki, to rozumiem. Gdyby córka nienawidziła go, bo nigdy go nie było, bo poświęcił się karierze, która mu nie wyszła, to rozumiem. To wtedy jest postać tragiczna, której współczuję. Wtedy jakby miał raka, to ja bym płakał, bo przecież jemu by się należała cała miłość świata. Ale on zniszczył swoje małżeństwo i dzieciństwo swojej córki w imię niczego.

W końcu jedzie do córki. Nie było żadnej informacji o tym, gdzie jedzie, żadnego szykowania, więc dopiero jak przyszła do niego pod auto, to się zorientowałem, że jest w Budapeszcie. Myślałem, że pojechał w góry do jakiejś kolejnej byłej dziewczyny.

Pierwsza próba pojednania z córką. Połowa filmu. Najbardziej emocjonalny wątek, a on zaczyna ten problem rozwiązywać w połowie opowieści. Wcześniej chciał się do niej dodzwonić, ale dzwonienie to nie jest rozwiązywanie problemu. Córka powinna być pierwszą pozycją na jego remanentowej liście, którą powinien zrobić i my powinniśmy ją od początku znać. Powinien jej szukać, dowiadywać się, zdobywać adres, aktywnie działać w pierwszej połowie, tak by ten wyjazd był dla niego sukcesem. Cieszyłby się, że jedzie do niej i wszystko się uda, po czym przeżyłby rozczarowanie, a my razem z nim.

Bartek dostaje awans w pracy. Będzie prowadzić „Taniec z gwiazdami”. Ale co z tego? Przecież on jest aktorem, a nie konferansjerem. Poza tym ten awans spada na niego niespodziewanie, on nie był w żadnym konkursie, nie starał się o to, nie miał żadnej podstawy, by się tego spodziewać. Nagle jego problemy zawodowe się skończyły, bo szef, którego nigdy wcześniej nie widzieliśmy, tak zdecydował. To może jeszcze jakiś lekarz, którego nigdy wcześniej nie widzieliśmy, zdecyduje, że Bartek weźmie udział w eksperymentalnej terapii? Poza tym taki awans pod koniec filmu nic nie buduje. Byłoby lepiej, gdyby on ten awans dostał na początku. Wtedy proszą go o badania lekarskie i się okazuje, że ma raka. Wtedy walczy nie tylko o życie, ale o coś bardzo konkretnego, o fajną pracę, którą mu dali, o swój pierwszy sukces od lat. Ale jak się dowiedzą, że jest chory, to go wywalą. Jest konflikt, jest stawka, jest napięcie. To znaczy byłoby. Ale nie ma.

Bartek ma umrzeć, ale nagle okazuje się, że będzie żył. Cud. Guz zniknął. Jakiś wielki, niewytłumaczalny zbieg okoliczności, który rozwiązuje główny konflikt. I ja sobie myślę tak: jeśli ten jego rak tak sobie może cudownie zniknąć, to co mnie obchodzi to całe jego cierpienie i remanentowanie? Nic mnie nie obchodzi. To jest oszustwo scenarzysty. Cudowne ozdrowienie. A potem jest drugie oszustwo, jeszcze gorsze. Cudowne pochorowanie. Mechaniczne, intencjonalne, nieliczące się z widzem rozwiązywanie i zawiązywanie konfliktu, nie mające żadnego uzasadnienia w fabule. Bardzo mi się to nie podoba.

Jako purysta scenariuszowy jestem szczególnie wyczulony na wszelkie przejawy instrumentalnego wykorzystania postaci dla budowania intrygi lub emocji. Cały film jest opowiadany z perspektywy Bartka, ale nagle pojawia się jedyna w całym filmie scena z perspektywy Kapcia. Wraca on sobie wieczorem do domu i znajduje cudownie pochorowanego, nieprzytomnego Bartka pod klatką. Dlaczego to nie jest opowiedziane z perspektywy Bartka, że idzie sobie wesoło i nagle upada, cięcie, budzi się w szpitalu? Dobrze chociaż, że to cudowne pochorowanie nastąpiło na podwórku, bo jakby nastąpiło na przykład w supermarkecie, to byśmy mieli scenę z perspektywy zupełnie nam obcej kasjerki.

W pracy nagle wszyscy tacy wyrozumiali, tak go wspierają w chorobie. To dlaczego się bał i ukrywał to? Nawet nie musiał ich w żaden sposób przekonywać, zjednywać, wzruszać. Po prostu go wspierają. Problem znów rozwiązał się sam, a nawet gorzej: okazało się, że nigdy nie było żadnego problemu.

Bartek zamawia do domu prostytutkę. Co to dla niego znaczy? To coś dobrego, czy złego? Czy jest to dowód na jego upadek? Czy pragnienie seksu ma pokazać, że chce mu się jeszcze żyć? Nie wiem. Jest to wątek, który wynika z niczego i wpływa na nic. Dlaczego Bartek nagle rezygnuje z seksu? Czy nie podoba mu się obdarte z romantyzmu, techniczne podejście do zbliżenia? Czy może nagle zrobiło mu się niedobrze? Dziewczyna zaczyna śpiewać i on wtedy nabiera ochoty na seks. Co to znaczy? Czy on się w niej zakochał? Czy podniecają go śpiewaczki? Nie wiem co on myśli i dlaczego robi to, co robi.

Umarł zanim pogodził się z córką. Koniec filmu. Czyli jest to smutne zakończenie. Ona co prawda dzwoni, ale on już tego nie usłyszy, ona też nie usłyszy jego, nie przytulą się, nie pogodzą. Trudno, nie udało się, trzeba było nie pić.

A gdzie jest scena pogrzebu, na której jest cała rodzina i wszyscy przyjaciele? Gdzie przemówienie płaczącej córki, monolog, którego nie zdążyła mu powiedzieć za życia? Jak jego śmierć wpłynęła na cokolwiek lub kogokolwiek? Czy on swoim remanentem uczynił świat trochę lepszy? Coś naprawił, kogoś czegoś nauczył? Wszystko to mogłoby być pokazane na tym pogrzebie. Mogło być tak wzruszająco, a wyszło po prostu smutno.

Smutny koniec niszczyciela żyć, który chciał wszystko naprawić, ale nie zdążył. Co wynika z tej opowieści? Gdyby Bartek chociaż na początku był nieszczęśliwy i podczas tej swojej wędrówki do śmierci znalazł szczęście. Albo gdyby przeklinał swoje nic niewarte życie drugoplanowego aktora, ale stojąc nad grobem pogodził się z samym sobą, albo odniósł upragniony sukces. Albo gdyby był najgorszym ojcem świata i przed śmiercią pojednał się z ukochaną córką. Mimo że film jest rozpięty między tymi trzema tematami, to w efekcie nie opowiada o żadnym z nich. Bartek od początku jest szczęśliwy, patrzy na wszystko optymistycznie. Jego kariera jest beznadziejna, ale dla kogoś, kto zaczynał grając Hamleta w zagranicznych teatrach, prowadzenie „Tańca z gwiazdami” nie może być upragnionym sukcesem. Walczy o córkę, ale przez cały czas nie udaje mu się jej do siebie przekonać, a gdy ona wreszcie dzwoni, jego już nie ma. Więc tak naprawdę nie ma jednego wyraźnego tematu tego filmu, nie ma wyraźnego przebiegu głównego bohatera. Więc o czym to jest opowieść? Najbardziej o tym, że „Piłeś? Nie żyj”.

Przeczytaj inne analizy

MUR

Początek jest dobry. Wszystko rozumiem. Mariusz chce zacząć nowe życie na poziomie. Chce być lepszy. Taki bohater zasługuje na moją uwagę i sympatię. Ale potem nie dzieje się nic i nic nie rozumiem.

CZYTAJ

BODY/CIAŁO

Ta analiza jest zapisem pierwszego w mojej historii poczytnego blogowania na żywo. Czy najbardziej nagradzany polski film 2015 roku wytrzymał próbę mojej scenariuszowej ekierki?

CZYTAJ
POWRÓT DO LISTY ANALIZ






O MNIE

„Scenarzyści dzielą się na tych,
którzy piszą scenariusze i na tych,
którzy prowadzą blogi.”

Artur Wyrzykowski

Bardzo lubię oglądać filmy i zazdroszczę wszystkim, którzy spędzają życie na ich robieniu. Tego bloga prowadzę głównie dla siebie, bo dzięki temu się uczę. Piszę o tym, czego nie rozumiem i dlaczego teksty, na podstawie których powstały analizowane filmy, uważam za nieskończone. Moją naostrzoną ekierką punktuję ich słabości i niekonsekwencje. Staram się pisać konkretnie i analitycznie i z humorem i poczytnie. Wszystkim czytelnikom, widzom i twórcom życzę lepszych scenariuszy i zachęcam do chodzenia na polskie kino. Sobie życzę zrobienia filmu, który nie trafi na tego bloga.

Gdyby ktoś coś: halo@arturwyrzykowski.pl

REKLAMA

W kinach od 2 czerwca:

W kinach od 9 czerwca:

PRYWATA