PANI Z PRZEDSZKOLA

Scenariusz: Marcin Krzyształowicz

Reżyseria: Marcin Krzyształowicz

Najnowszy film autora świetnej „Obławy” jest tym, czym jest: chaotyczną opowieścią irytującego dziecka.

Rozdziały. Nie jestem fanem rozdziałów tak generalnie, mam poczucie że fragmentaryzacja opowieści utrudnia mi jej przeżywanie. Rozdziały każą mi myśleć odcinkami czasu, liczyć minuty, spodziewać się kulminacji i domykania wątków. Nie lubię tego. Szczególnie nie lubię tego w tym filmie, gdzie zupełnie nie rozumiem, jakim kluczem te rozdziały są budowane. „Ja”, „Mama”, „Rodzina”, „Nowa ziemia”. Nie wiem, o co chodzi z tą nową ziemią, nie wiem dlaczego tata nie ma swojego rozdziału, nie wiem co wynika z takiego podziału dla mojego zrozumienia tej opowieści.

Dlaczego we wspomnieniach głos bohatera jest inny, niż gdy go widzimy u terapeuty? Gdyby chociaż ten głos ze wspomnień był głosem dziecka. Rozumiem, że wewnętrzny głos bohatera może brzmieć inaczej niż ten, którym porozumiewa się ze światem, ale po pierwsze taki zabieg powoduje, że widzowie nie identyfikują tego dziecka z tym panem u terapeuty, a po drugie to przecież nie jest głos wewnętrzny, bo on to wszystko opowiada temu terapeucie. Czemu więc opowiada mu to używając dwóch różnych głosów?

Rozdział pierwszy, czyli „Ja”. Nuda. Kilkanaście minut, przez które nic się nie dzieje. Poznajemy wszystko oczami dziecka, bardzo dobrze, tylko w trakcie tego poznawania nie ma żadnych zdarzeń. Dzieciak nie jest bohaterem, jest tylko narratorem, perspektywą z której patrzymy na martwy świat. Mam też poczucie, że cały początek jest przegadany. To dziecko za dużo mówi, opisuje ten świat słowami zamiast po prostu nas do niego wprowadzić.

Rozdział drugi, czyli „Mama”. Bardzo dobry! Wspaniały i najlepszy. Gdybym jednak wiedział, jak fałszywa będzie dobroć tego rozdziału, jak oszukanym zwiastunem dalszej części się on okaże. W każdym razie ten wątek lesbijski i to, że matka ulega wypadkowi i jest sparaliżowana, jest bardzo odważne, buduje gigantyczne napięcie.

Nie ma konsekwencji w perspektywie opowiadania. Niby to wszystko relacja chłopca i jego wspomnienia, ale spotkanie matki i pani z przedszkola odbyło się bez niego, podobnie jak ich późniejsze wspólne przeżycia i harce w wannie. Jeszcze ten narrator zamiast powiedzieć, że tak to pewnie wyglądało, albo że tak później opowiedziała mu matka, to mówi tylko, że tego nie skomentuje. Także ja nie wiem, czy to się nie wydarzyło, czy to jest przerysowane wyobrażenie dziecka, czy prawdziwa sytuacja.

W tym braku konsekwencji w prowadzeniu narratora kryją się też słabości punktów zwrotnych w historii mamy. To jej poderwanie przez panią z przedszkola i wypadek, który się zadział godzinę później, są nierzeczywiste, niewiarygodne. Zupełnie jakby dziecko opowiadając tę historię strasznie to wszystko uprościło. Pomysł na komedię o lesbijskim związku między 25 latką i sparaliżowaną 40 latką w latach 70 jest genialny i wielki, ale oba te wydarzenia spadają na matkę z kosmosu.

W narracji chłopaka pani z przedszkola nie jest postacią, co dodatkowo obniża wartość jej relacji z matką i historię samej matki. Pani z przedszkola jest nimfą, która nie ma żadnego prywatnego życia, problemów, rozterek, nie widzi żadnych przeszkód, jest wyzwolona seksualnie i zawsze mówi to, co jej rozmówca w skrytości serca pragnie usłyszeć. Może jest nierzeczywista? Może jest tylko wyobrażeniem dziecka o wyobrażeniu matki, którego matka potrzebuje do szczęścia?

Matka miała wypadek i dziecko snuje opowieść, że tata zaczął grać w filmach. To ile czasu minęło, skoro tych filmów już jest liczba mnoga? Kilka miesięcy, rok? A co z naszą bohaterką i jedynym w tym filmie konfliktem pod tytułem jej lesbijska miłość przeciwko światu? Dalej oglądamy babcię, relacje z mężem, a gdzie jest najciekawszy wątek? Gdzie jest historia?

Połowa filmu. Terapeuta mówi bohaterowi, że ma zmienić wspomnienia, skasować matce kalectwo i jej romans z panią z przedszkola. Co za niesamowity skandal i lekceważenie widza!!! Oszustwo dystrybutora, który stworzył zwiastun tego filmu, jest niczym wobec oszustwa, jakie przygotował dla widzów sam autor. Ginie najlepszy, najciekawszy, jedyny wątek, który w ogóle można nazwać wątkiem. Od tego momentu to już nie jest opowieść o kobiecie, która po życiowej tragedii wbrew wszystkim otwiera się na nowe uczucie. To opowieść o gościu, który chce kontrolować swój wytrysk. CO MNIE TO OBCHODZI!!! Naprawdę bardzo się zdenerwowałem.

Od połowy do końca filmu nie ma już związków przyczynowo-skutkowych. Zmieniają się perspektywy opowiadania, bohaterowie, okresy w których dzieje się opowieść. Nawet nasz bohater raz jest w gabinecie, a raz w aucie i właściwie nie wiadomo komu on tę swoją opowieść snuje. Nie wiadomo dokąd to wszystko zmierza, co on musi osiągnąć, żeby ten swój wytrysk kontrolować. Nie ma bohatera, celu, tematu, zasad. Jest nuda, chaos i moje nostalgiczne wspomnienie porzuconego wątku lesbijskiej miłości.

Wątek ten wraca na chwilę, chyba tylko po to, żeby bardziej mnie rozzłościć. W jednym ujęciu dorosły chłopak widzi panią z przedszkola przy łóżku swojej matki, która chyba jest sparaliżowana, albo umiera, albo po prostu śpi. Widzi ją i koniec. Zaczyna coś mówić o jej córce, która nic mnie nie obchodzi, nigdy jej nawet nie widziałem. Chcę wiedzieć, co z tą matką, czy są razem z tą panią, czy wciąż jest sparaliżowana, wreszcie czy ten syn ma z nią jakąkolwiek relację. Podobno mieszkali razem przez 18 lat, a nie wiem nawet, czy się nią opiekował, czy się sobie zwierzają, nie wiem nic.

Pośród tego chaosu pojawiają się czasem zachwycające pomysły, na przykład komiksowa sekwencja, w której ojciec walczy z gangsterami. Tylko to nic nie opowiada, nic nie znaczy, jest pustym zabiegiem formalnym.

Prawie koniec filmu, wreszcie coś się dzieje. Terapeuta mówi, że bohater musi uwieść panią z przedszkola. Zapowiedź działania, które ma szansę skończyć się seksem. Jest na co czekać. Nie wiadomo tylko, czy chodzi o wspomnienia i to trzylatek ma ją uwodzić, czy o współczesność i ten bezimienny bohater ma uwodzić sześćdziesięcioletnią kobietę. Mimo tej niewiedzy cieszyłem się z nowej przygody, która mogła zakończyć się kolejnym orgazmem bardzo ładnej pani z przedszkola. Niestety zamiast kolejnego orgazmu przyszło kolejne rozczarowanie. Terapeuta dał bohaterowi zadanie i nic się nie wydarzyło. Bohater posmęcił trochę o śmierci swojego ojca i potrzebie posiadania chomika i koniec filmu. Naprawdę, tak po prostu, bez domykania żadnego wątku, bez spuentowania czegokolwiek, nawet nie wiadomo, czy bohater kontroluje swój wytrysk, czy pogodził się z tym, że go nie kontroluje, czy w ogóle już nie chce seksu, bo chce chomika. NIC NIE WIADOMO I FILM SIĘ KOŃCZY!!!

Nie można tak robić. Jeszcze w święta. Widza trzeba szanować, bo jak nie, to założy bloga i napisze dużymi literami i wykrzyknikami, że to bardzo niedobry film.


Przeczytaj inne analizy

NAJLEPSZE FILMY
PODSUMOWANIE 2014 ROKU

Jak co roku chodzi o filmy, które spełniają trzy warunki: weszły do dystrybucji kinowej w 2014, widziałem je, moim zdaniem są genialne, bardzo dobre, albo chociaż warte zobaczenia i zapamiętania.

CZYTAJ

OBCE CIAŁO

Ten film jest popisem braku umiejętności budowania opowieści, braku poczucia absurdu i żenady, wreszcie braku jakiejkolwiek wiedzy na temat przedstawionego świata.

CZYTAJ
POWRÓT DO LISTY ANALIZ






O MNIE

„Scenarzyści dzielą się na tych,
którzy piszą scenariusze i na tych,
którzy prowadzą blogi.”

Artur Wyrzykowski

Bardzo lubię oglądać filmy i zazdroszczę wszystkim, którzy spędzają życie na ich robieniu. Tego bloga prowadzę głównie dla siebie, bo dzięki temu się uczę. Piszę o tym, czego nie rozumiem i dlaczego teksty, na podstawie których powstały analizowane filmy, uważam za nieskończone. Moją naostrzoną ekierką punktuję ich słabości i niekonsekwencje. Staram się pisać konkretnie i analitycznie i z humorem i poczytnie. Wszystkim czytelnikom, widzom i twórcom życzę lepszych scenariuszy i zachęcam do chodzenia na polskie kino. Sobie życzę zrobienia filmu, który nie trafi na tego bloga.

Gdyby ktoś coś: halo@arturwyrzykowski.pl

REKLAMA

W kinach od 2 czerwca:

W kinach od 9 czerwca:

PRYWATA